Mniejszość rządząca większością

Obecnie wydaje się, że najbardziej narzekają na polską rzeczywistość ci, którzy w dniu wyborów woleli odpoczywać w lesie, na zagranicznej plaży, albo oglądając jakąś komedię w TV. Tak, na wybory nie chcemy chodzić, ale za to lubimy krytykować, narzekać i oczywiście zarzucać innym, broń Boże nie sobie, nic nierobienie. To musi się w Polsce zmienić.

W wielu krajach na świecie poznajemy dzień wyborów po wijących się „wężykach” ludzi czekających przed Komisjami Wyborczymi. Stanie w kolejce do urny stało się tam dowodem obywatelskiej podmiotowości, samostanowienia, znakiem wpływania, wespół z innymi, na rzeczywistość, a tym samym, na swój i innych los. W Polsce jest zupełnie inaczej….

Nie chodzimy na zebrania, nie chodzimy na wybory, nie chodzimy na referenda. Nasza wyborcza apatia utrzymuje się na tym samym poziomie już od 1989 r. Najwyższa frekwencja miała miejsce w II turze wyborów prezydenckich w 1995 r. i wyniosła 68 procent, ale był to zupełny wyjątek. Słaba frekwencja zawsze występuje w wyborach do Sejmu i Senatu, ale najgorszy wynik osiągają wybory do Parlamentu Europejskiego, podczas których do urn idzie zaledwie 20-25 procent uprawnionych. Nasza średnia obecność przy urnach to tylko ok. 45 procent. Oznacza to, że większość, bo aż 55 procent Polaków, pozwala na to, aby mniejszość podejmowała za nich decyzje! Mniejszość rządzi więc dzięki temu w Polsce większością! Ludzie nie uświadamiają sobie, że wybory realnie przekładają się na ich codzienne życie. A to przecież od tych, których wybierzemy w wyborach samorządowych, parlamentarnych czy prezydenckich, zależy jak będzie się nam żyło i co będzie w przyszłości czekało nasze dzieci. Mimo to Polacy wolą pozostać w wyborcze niedziele w domu, bo przecież „co ma być, to i tak będzie”…

Taka bierna postawa jest nie do pomyślenia w większości krajów Unii Europejskiej. We Francji na przykład ostatnio, w I. turze wyborów prezydenckich, frekwencja przekroczyła 80 procent! Ich południowi sąsiedzi także chętnie biorą udział w wyborach. W Hiszpanii frekwencja poniżej 50 procent uważana jest za fatalną, a w wyborach parlamentarnych zwykle przekracza 70 procent. W Niemczech natomiast 70-procentowa frekwencja jest już zupełnym standardem i wielu ludzi narzeka, że jest ona zbyt niska. W marcowych wyborach w Holandii przykładowo, podobnie jak we Francji, poszło ostatnio głosować ponad 80 procent uprawnionych. Stanowiło to najwyższą od 30 lat frekwencję wyborczą i zapewniło tym samym zwycięstwo centroprawicy. Niemal modelowymi pod tym względem obywatelami są zaś Skandynawowie. W Danii czy Szwecji normą jest obecność przy urnach aż 85-90 procent osób.

To prawda, że nie wszędzie wysoka frekwencja wynika z pełni swobodnej decyzji obywateli. W Belgii, Luksemburgu, Lichtensteinie, Argentynie, Australii, Brazylii, Ekwadorze, Peru, Urugwaju, Singapurze, czy na Cyprze głosowanie w wyborach jest obowiązkowe. Kary za niestawienie się przy urnach są różne, ale zwykle jest to grzywna, której suma może wzrastać w przypadku powtarzającego się opuszczania głosowania. Jednakże mimo tego nakazu nie ma masowych ruchów obywatelskich przeciwko przymusowi chodzenia do urn. U nas pewnie by się pojawiły! W Polsce bowiem każdy przymus automatycznie spotyka się z negatywną reakcją. Zresztą, ustawa zmuszająca do głosowania nie zmienia mentalności. A przecież chodzi nie tylko o sam fakt oddania głosu, lecz o świadome, mądre wybieranie. Tego nie nauczą ludzi ustawowe paragrafy ani kary.

Co więc zrobić?... Ludzie w Polsce muszą poczuć, że są włączeni w debatę publiczną oraz że mają wpływ na decyzje polityków. Większość bowiem wychodzi z założenia, że „mój głos niczego nie zmieni, po co mam więc głosować”. Nie ma bardziej mylnego poglądu. Zresztą przekonaliśmy się o tym po ostatnich wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Frekwencja była mała, zwłaszcza elektoratu partii, które przegrały wybory. Dzisiaj natomiast wydaje się, że najbardziej narzekają na polską rzeczywistość właśnie ci, którzy w dniu głosowania woleli odpoczywać w lesie, na zagranicznej plaży, albo oglądając jakąś komedię w TV. Tak, na wybory nie chcemy chodzić, ale za to lubimy krytykować, narzekać i oczywiście zarzucać innym, broń Boże nie sobie, nic nierobienie. To błędne koło będzie więc kręcić się bez końca, jeżeli nie zmienimy naszego stosunku do władzy, do samostanowienia, w końcu do wyborów. Już niedługo będziemy mogli to uczynić, gdyż zbliża się kolejny maraton wyborczy. Rozpocznie się za kilkanaście miesięcy. Pamiętajmy więc o tym w 2018, w 2019 i w 2020 roku ustawiając się tym razem, jak w innych krajach, w kolejkach do urn.


Adam Szejnfeld
Poseł do Parlamentu Europejskiego
www.szejnfeld.pl
www.kobiecastronazycia.pl
www.facebook.com/PoselSzejnfeld/
www.twitter.com/szejnfeld
www.instagram.com/szejnfeld/
Trwa ładowanie komentarzy...